"1435 MILIMETRÓW - Marek Zienkowicz
Wahadło
Pełnometrażowy film Jana Kidawy-Błońskiego Różyczka otwiera totalny, czarno-biały, wykopiowany z archiwum WFD obraz miasta stołecznego Warszawy doby lat 60.
z rozpiętym mostem średnicowym i szarą sylwetką Pałacu Kultury i Nauki.
Widoczny na moście prozaiczny pociąg podmiejski PKP, a więc typowy dla tamtego czasu wysoko-peronowy, granatowo-żółty Elektryczny Zespół Trakcyjny (EZT) pokonujący
prawdopodobnie tradycyjną trasę Otwock—Pruszków, wydaje się być podobny do wahadła:
wszak
tak samo jak wahadło wnika w stolicę po to, by już za chwilę ją opuścić
tak samo jak wahadło w odpowiednich odstępach czasu pojawia się ponad tonią Wisły, błyska i znika
tak samo – taktuje polityczne dekady przedwojnia, realnego socjalizmu i kolejnej RP
w swym ruchu "w tę i w tę" wydaje się być prosty i przewidywalny
tak
jak prosty jest
pojedynczy
drut trakcji elektrycznej
poprowadzonej
akurat w tym punkcie Wszechświata
w roku 1936
Reprezentantem wprawiających w ruch pasażerskie "wahadła" kolejarzy jest autor niniejszej pozycji książkowej – mechanik (maszynista) Kolei Mazowieckich,
jednocześnie prozaik, poeta i, chciałoby się powiedzieć, nostalgik Marek Zienkowicz
Przewoźnikiem, który obecnie zajmuje się uruchamianiem tych "wahadeł" są właśnie rzeczone Koleje Mazowieckie: pierwsza samorządowa spółka kolejowa,
która obok zmodernizowanych EN57 oddaje do dyspozycji mieszkańców Mazowsza najnowocześniejsze pociągi w kraju.
Co przedkłada nam dzisiaj do lektury w ramach debiutu kolega Zienkowicz…?
czy dziennik – czy raczej próbę własnej autobiografii?
sztambuch czy służbową kronikę podróży?
przewodnik po tajnikach własnej pracy czy protokół z wykonanego kilometrażu?
a może jednak produkt "upustu" sprężonej wyobraźni, która "sycząc" własnym głosem, to znaczy ani ciszej, ani głośniej niż jest w stanie,
potrafi wyłowić z branżowego potoku zdarzeń pojedynczą "rybkę"
(termin gwarowy odnoszący się do tworzących kształt ryby torów odstawczych) albo własnym wewnętrznym okiem zobaczyć w zawilgoconym tunelu średnicowym
"nieme łzy bezsilności wobec nieubłaganych praw natury"?…
Być może w przyszłości ktoś wytknie Autorowi przewidywalność i okropną rutynę kolejowego rytuału
jednakże
czy tak naprawdę można przewidzieć, jaki piasek indywidualnych emocji i doznań może wypełniać przestrzeń pomiędzy bryłami – mówiąc w przenośni – każdego opisywanego,
oznaczonego w rozkładzie jazdy podwojonym kilofem roboczego dnia?
dokąd w sumie prowadzi widziany przez przednią szybę drut egzystencjalnej trakcji?
i
wreszcie
jaka na przykład będzie Warszawa, kiedy będzie się wjeżdżało do niej po raz wtóry:
już i w innym charakterze, i w innym celu, i po wielu latach?…
Odpowiedź na wszystkie postawione tu pytania pozostawiam Czytelnikom
oczywiście po lekturze dzieła kolejnego zacnego członka grupy poetyckiej WARS
i jednego z pierwszych akapitów:
Ruszam i zaczyna się kolejny odcinek filmu mojej codzienności – wiadukt nad Targową, Stadion, most średnicowy, Powiśle...
Poczciwa Warszawa, znana od urodzenia, ani piękna, ani brzydka. Wjeżdżam do tunelu.
(fragment rozdziału "415 nie dojechał…")
Piotr Wiesław Rudzki
Redakcja: Piotr Goszczycki
Wydawnictwo Komograf, Warszawa 2010,
207 stron
ISBN 978-83-88924-86-6
[kronika podróży]
Foto: Marek Zienkowicz, Piotr Goszczycki
Foto na IV stronie oprawy: Zbigniew Panów
|